Czym jest odporność? I o co chodzi z tym układem?

Odporność to prawdziwa gwiazda ostatnich sezonów. Każdy pragnie ją mieć. Warto zatem przyjrzeć się jej dokładniej i dokładniej poznać obiekt pożądania, westchnień, zabiegów czy wydatków.

Odporność należy do tej kategorii pojęć, które trudno zdefiniować, ale czuje się, że z nią byłoby nam do twarzy. Najczęściej używa się sformułowania „układ odpornościowy”.

I tu pierwszy szok. Bo jakby ktoś chciał zobaczyć zdjęcie tego układu, naprawdę przeżyłby szok. W atlasie anatomicznym można znaleźć różne układy, ale odpornościowego szukać próżno. Może nie istnieje? Ale taka tajemniczość tym bardziej pociąga. A może się sprytnie ukrywa?

Aby nie trzymać w niepewności, można rzec z całą pewnością, że tak się ukrywa, iż w istocie jest wszędzie. Coś jak Wolf z serialu „Stawka większa niż życie”.

Ale po kolei.

Początki ubiegłego wieku to lata działań wojennych. Nomenklatura wojenna w zrozumiały sposób zdominowała wszystkie dziedziny życia. Gdzie się tylko dało, był przyjaciel. Albo wróg. Kto żyw, walczył.  A jako że istnienie wroga jest niejako wezwaniem do walki, walczyli wszyscy.

W tym momencie pozwolę sobie na refleksję. Dużo się ostatnio mówi o stresie. Że nas zdominował. I jest to prawda. Jest to i szczęście, i nieszczęście zarazem czasów, w których żyjemy. Dziś już nie żyjemy w obawie zagrożenia życia – jak wiele pokoleń przed nami. Chyba jesteśmy pierwszym pokoleniem, które może skupić się na sobie. Już nie na przetrwaniu, ale na sobie. I to generuje stres. Każde pokolenie ma własny rodzaj stresu.

Ale wracajmy.

Przełom XIX i XX w. to okres rozkwitu wielu nauk. W tym okres odkryć dotyczących przeciwciał.

Ówczesny świat mógł opisywać rzeczywistość, w tym naukową, jedynie w kategoriach militarnych. Swoją drogą  nawet pocieszające było odkrycie, że walki trwają nie tylko przed naszymi oczami – walka trwa też w naszym organizmie. Przeciwciała są skuteczną armią.  Są to siły obronne, które non stop kontrolują wszystko, co usiłuje się dostać do wnętrza naszego organizmu, a dostać się nie powinno.

Wiedza na temat tych sił obronnych, dostępna była głównie uczonym. Internetu nie było a i umiejętność czytania była rarytasem, dość reglamentowanym.

Ale do opinii publicznej przedostawała się wiedza, że organizm walczy. Że potrafi zlokalizować i unieszkodliwić patogeny, jeśli już zakradną się do środka organizmu. Organizm walczył. Za chwilę do tej walki miał dołączyć cały świat.

W okresie międzywojennym, w roku 1928, Alexander Fleming odkrył penicylinę. Pierwszy antybiotyk. Radził on sobie z określonymi rodzajami bakterii.

To było takie odkrycie, że nie dało się go nie zauważyć.

Antybiotyki idealnie wpisywały się w wojenną nomenklaturę.

Ale co najważniejsze, dawały lekarzom realny oręż do walki z chorobami zakaźnymi, które do tej pory były przyczyną śmierci i chorób setek milionów osób.

To budziło nadzieję niemalże na nieśmiertelność. I ta nadzieja była uzasadniona. Ludzie zdrowieli z chorób, które dotąd dziesiątkowały miliony. Antybiotyki stawały się orężem. Skutecznym. I rozpoczął się marsz antybiotyków do sławy. Któż by nie chciał spróbować i zażyć? Skoro działają… Antybiotyk stawał się orężem, bakterie – głównym wrogiem.

Odkrycie penicyliny okryło bakterie złą sławą.

Mało kto wiedział, co to jest. Jeszcze mniej osób widziało. Ale stało się oczywiste, że bakteria to wróg. Nie było istotne, że jedynie konkretne bakterie wywołują konkretne choroby. Ważne, że bakterie. Skoro jedna czy druga jest zła, trzeba tępić wszystkie. Skoro coś jest bakterią, na pewno jest złe. Skoro jedne bakterie są złe, a inne nazywają się tak samo, i te pierwsze są złe, złe są wszystkie. Należy z nimi walczyć aż do śmierci. Wytępić, wybić. Aż do końca. (Ten stan – choć w mniejszych rozmiarach – trwa.)

W walkę włączały się coraz to nowe koncerny farmaceutyczne. Teraz był dla nich dobry klimat. I do powstawania i do rozkwitu. Każdy chciał uczestniczyć w wojnie wszyscy kontra bakterie. Ta wojna dawała realne zyski powstającym koncernom.  W imię uzdrowienia ludzkości. W imię wybicia bakterii. Wszystkich.

Ideałem stawał się świat sterylny. I bezbakteryjny.

Tu jednak sukcesów nie było. Mimo zapału i chęci coś było „nie tak”.  Okazywało się bowiem, że świat sterylny nie jest zdrowy. Ba wręcz nie istnieje. A bakterie to nie tylko intruzy.

Ta świadomość jednak słabiej przebijała się do powszechnej świadomości. Znacznie szybciej natomiast rosła wiedza na temat samej odporności. Że to jakaś sieć jakby okopów, zapór, pułapek i niszczycielskich armii, naturalnych zabójców, którzy tyko czekają na wskazanie, kto to wróg.

Skąd pomysł na układ?

Sformułowanie „układ odpornościowy” jest nieco mylące. Do tego „mój układ odpornościowy” sugeruje, że to jakby nie ja, ale coś we mnie. Analogicznie jak mój układ pokarmowy albo krążenia. No to rozczarowanie. Takiego układu w sensie anatomicznym nie ma. Ale jest nazwa, która nieco myli.

Wg niektórych badaczy samo słowo wprowadził do języka duński naukowiec Niels Jerne[1], nota bene laureat Nagrody Nobla. Wg niego słowo „układ” oznaczało nie tyle coś materialnego, co połączenie dwóch funkcji.

Wcześniej byli zwolennicy albo twierdzenia, że są przeciwciała i one od razu się rozprawiają z intruzem, nie wpuszczając do środka, albo (druga koncepcja) że są białe krwinki, które tropią, śledzą i się rozprawiają fizycznie. Wcześniej zwolennicy każdego ze stwierdzeń przekonywali i siebie, i innych, że jedynie ich racja jest jedyna i niepodważalna. Że taka mojsza. Niels Jerne zauważył, że i jedni, i drudzy mają rację, bo jest to po prostu złożony układ dwóch sposobów reagowania. Układ na rzecz odporności, dodajmy. Gdyby napisał o systemie, byłoby nam dziś łatwiej. Słowo „system” to bohater naszych czasów, tak jak ówczesnych „układ”.

Układ. Że i przeciwciała nie wpuszczają. A jak wpuszczą, to białe krwinki wyśledzą intruza, wytropią, i zlikwidują. Układ. W tamtym okresie raczej nie mogło sie to inaczej nazywać.

Ale wróćmy do rozważań.

 Czym jest ten obiekt pożądania wg stanu wiedzy na dziś?

Otóż tenże złożony układ odpornościowy opisuje funkcję pełnioną w obrębie całego organizmu. Dlatego napisałem – jest wszędzie. Choć go nie ma.

Głównym elementem jest limfa[2], która krąży w naczyniach łączących węzły chłonne. I śledziona, która filtruje krew i tworzy antyciała, czyli zdolność krwi do pamiętania określonych infekcji i nieulegania im ponownie. To też kości, które produkują krew. To krew, która pamięta, przyswaja i ignoruje określone substancje.

Ponadto nabłonki w naszych jamach ustnych, gardłach, płucach, żołądkach, jelitach – wszystkich miejscach, które są na styku ze światem zewnętrznym.

Są nimi też komórki wydzielane przez te powierzchnie, które potrafią wchłaniać i niszczyć jedne substancje, a przechować inne.

To też skóra, która nie jest tylko barierą nie do przejścia, ale też służy jako środowisko dla zamieszkujących na niej drobnoustrojów, które chronią nas przed infekcjami.

I teraz niespodzianka. Największa. Wyjaśni się zaraz, dlaczego tyle uwagi poświęciłem bakteriom. I to jeszcze nie koniec.

W 2013 r. został zakończony pierwszy etap finansowanego przez rząd USA „Projektu Ludzkiego Mikrobiomu”.

Od tego czasu wiadomo już, że nasze ciała zawierają więcej drobnoustrojów niż ludzkich komórek.

I teraz już widać, że pojmowanie układu jako sposobu na oddzielenie swoich od obcych, było uproszczeniem. I że nie tylko o walkę tu idzie.

Teraz już trzeba mówić, że nasze mikroby wchodzą w skład układu odpornościowego. To w istotny sposób psuje dotychczasową retorykę opartą na retoryce wojennej. Chyba że podejdziemy do tego inaczej.

Jeśli przyjmiemy, że człowiek ma w każdej chwili zachować gotowość do działania, to tzw. układ odpornościowy utrzymuje nas w stanie gotowości.

Czyli nie walka, a stała gotowość. Do życia.

Układ odpornościowy zatem to w praktyce całe nasze ciało. Nie ma zatem potrzeby dopatrywać się jakiegoś szczególnego układu. Choć to jest ekscytujące…

Cały nasz organizm działa jak system z centralną konsolą zarządzającą w mózgu – tam jest ośrodek sterowania. Ale są też zakresy parametrów. Każda zmiana, choćby jednego parametru, wywołuje natychmiastową reakcję w celu wyrównania środowiska całego systemu. Czyli wszelkie zmiany pH, temperatury, ciśnienia, tętna, poziomu tlenu czy dwutlenku węgla powodują reakcje zmierzające do ustabilizowania systemu.

Zatem, mając na uwadze to, co wiadomo już na temat funkcjonowania organizmu, odporność to układ komórek, narządów, mechanizmów, procesów, które mają nas chronić przed chorobą oraz sprawić, że szybciej przebiega proces zdrowienia.

Odporność obejmuje cale nasze ciało, które powinno być utrzymywane w sprawności w okresie całego życia.

Tak więc szkoła odporności to szkoła życia ze sprawnym organizmem. Jak wyżej zauważyłem, „maintenance”. Czyli utrzymanie w stanie najwyższej gotowości. Zawsze.

© copyright by stefan podedworny

 

[1] Dr James Hamblin, Gdyby ciało potrafiło mówić, Warszawa 2018, str. 98.

[2] Dr James Hamblin, str. 101.